Co można kupić na ulicznej aukcji


Kupowanie lub sprzedawanie na aukcji jest u nas raczej nieznane. W krajach anglosaskich to proceder tak stary i popularny, że traktuje się go jako odrębny dział przemysłu: wydając katalogi ze zdjęciami, opisami i prognozowanymi cenami, szkoląc fachowców od szacowania wartości różnych produktów, stawiając budynki gdzie ludzie mogą się gromadzić, żeby coś kupić itp. Aukcje są swego rodzaju miejscem gdzie inwestuje się pieniądze lub obraca się pieniędzmi, jednym słowem zarabia się na życie.

Ale nie ma to jak uczestniczyć w ulicznej aukcji, gdzie stawką nie są duże pieniądze i gdzie odbywa się swego rodzaju loteria: czy uda się kupić za jednego funta coś co potem można sprzedać z zyskiem na przykład za kilka setek.

Moje doświadczenia tego rodzaju biorą się z bywania na aukcjach w Edynburgu w Wielkiej Brytanii. Jest tam zwyczaj, że gdy umiera członek rodziny, mieszkający samotnie, reszta zleca prawnikom tak zwane czyszczenie mieszkania. Prawnicy zaś dzwonią do właściciela aukcji, ten wynajmuje firmę, która bierze wszystko zostawiając puste mieszkanie. Potem to wszystko można znaleźć na stołach rozstawionych przed budynkiem aukcji. Oczywiście, właściciel aukcji wybiera wcześniej co cenniejsze rzeczy i te idą pod młotek podczas prawdziwej aukcji, gdzie trzeba wcześniej zarejestrować się, gdy zamierza się coś kupić.

Ale wracajmy do tej ulicznej. Po wcześniejszym wypatrzeniu interesującego nas przedmiotu, czekamy cierpliwie aż prowadzący aukcję zacznie go licytować.. Jeżeli mamy szczęście i nikt więcej go nie chce, kupimy go za jednego funta. Ale gdy choć jedna osoba też jest nim zainteresowana, cena za którą może być sprzedany jest nie do przewidzenia.

Nawiązując do tytułu: co można kupić na takiej aukcji? Najdziwniejsze rzeczy. Dla mnie osobiście miejsce pierwsze zajmuje trumna. Tego dnia gdy podjeżdżałam na aukcję, zobaczyłam ją leżącą na stolarskich krzyżakach, już z daleka. Koronki wystawały na zewnątrz, na środku mosiężny krzyż. Wyglądała na nieużywaną. Jak u diabła znalazła się na aukcji? Czyżby umarły kupił ją na wszelki wypadek i trzymał w kuchni a rodzina, po fakcie, wcale nie weszła do mieszkania i wydatkowała się na nową? Widać było, że wzbudza sensację kolejnych osób. Najpierw podchodzili do niej, obchodzili dokoła. Nikt nie próbował podnosić wieka, żeby sprawdzić co jest w środku. Charakterystyczne dla takiej aukcji jest grzebanie w kartonach, walizkach i innego rodzaju pojemnikach przeznaczonych do transportu z nadzieją, że może znajdzie się coś ciekawego do czego inni nie będą chcieli się dogrzebać. Często prowadzący licytuje całe kartony nie zaglądając do środka. W przypadku trumny było inaczej. Pisząc to teraz żałuję, że nie spróbowałam. A może była tam kolekcja diamentów albo coś równie cennego? Poszła za funta.

Kilka razy licytowano pianina. Stare, z kandelabrami i z klawiszami z kości słoniowej. Maksymalnie brano je za pięć funtów. Na porządku dziennym znajdują się meble a jak się człowiek trochę zna to i antyk wypatrzy. Komplety filiżanek, zastawy stołowe oraz mnóstwo różnych innych rzeczy bardziej lub mniej przydatnych. Charakterystyczne dla aukcji jest to, że wszystko musi być sprzedane. Jak jakaś rzecz nie znajduje chętnego to zostaje dodana do następnego licytowanego przedmiotu.

Pewnego dnia dogrzebałam się do czyichś rzeczy osobistych, takich co to chowa się całe lata gdzieś w szkatułce: listy miłosne z młodości, włosy, nie wiem, zmarłego dziecka, jakieś pamiątki, na wagę złota tylko dla tej jednej osoby.

Były tam zdjęcia uśmiechniętej młodej pary wsiadającej do samochodu i to nie do byle jakiego bo do Forda T. Mężczyzna ubrany w kilt, z wystającym ze skarpety nożem, z bardzo odstającymi uszami. Ona za to w cywilnej sukience i zgrabnych pantofelkach, a żeby było do pary z mężem, z wystającymi w uśmiechu zębami. Może nie ładni, może nie młodzi ale uśmiechy za to były naprawdę szczere i radosne.

Zatrzymałam sobie to zdjęcie, bo teraz jak wpadam w melancholię, wystarczy że na nich popatrzę i od razu poprawia mi się humor. Zdjęcie zrobiono przed wojną. W kopercie obok były urzędowe dokumenty wypisane pięknym kaligraficznym pismem. Jeden to akt urodzin i drugi akt małżeństwa. Przeprowadziłam małe śledztwo biorąc za podstawę daty. Wskazywały one, że kobieta ze zdjęcia nosiła zupełnie nie pasujące do jej fizjonomii nazwisko MacBeth. I tu mała dygresja: wśród aktorów angielskich mówi się, że wymówienie tego nazwiska przynosi pecha i dlatego sztukę Szekspira nazywają The Scottish Play.

Tak się zastanawiam, po czyjej śmierci wszystko to znalazło się na aukcji. Najprawdopodobniej dziecka pary ze zdjęcia, jakiejś zasuszonej staruszki. Nie piszę staruszka, bo faceci nie przechowują takich rzeczy.

A czy my znamy uśmiechnięte twarze naszych chociażby dziadków w ważnych dla nich chwilach? Czy jest to dla nas jakąś wartością? Wszystko co było jest bez znaczenia. Ostatnio w gazecie wyczytałam, że licząc od początków ludzkości zwłoki wszystkich ludzi zajmują jedną trzecią całej planety. Nigdy nie pogodzę się z myślą, że i ja spełniam funkcję mrówki wśród masy tych co byli i co jeszcze będą.


napisałam to w  czerwcu 2013 r. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Spam do Pana Boga